Autor: Katarzyna Kojzar

2016-04-19, Aktualizacja: 2016-04-22 11:37 źródło: Naszemiasto.pl

Jak do Ameryki Łacińskiej, to tylko we dwoje

Dzieci menonitów w Boliwii były smutne, nie miały zabawek. W ekologicznej wiosce w Kolumbii rządziły same kobiety, a nielegalni górnicy w Peru nie przywitali ich z otwartymi rękami. Reporterzy Maria Hawranek i Szymon Opryszek zabierają czytelników w podróż po Ameryce Łacińskiej. Ale to nie jest zwykła wycieczka, tylko droga do wnętrza kontynentu, który wciąż jest dla nas, Europejczyków, nieodkryty. - Nauczyliśmy się, że nie wszystko, co dla nas jest szczęściem, dla innych też musi nim być - mówią podróżnicy. Ich reportaże można przeczytać w niedawno wydanej książce "Tańczymy już tylko w Zaduszki" oraz na blogu www.intoamericas.com.

Maria Hawranek i Szymon Opryszek po rocznej podróży po Ameryce Łacińskiej wydali zbiór reportaży "Tańczymy już tylko w Zaduszki" (wyd. Znak). „Z premedytacją zatrzymywaliśmy się w miejscach, które w ogóle nie kojarzą się z Ameryką Łacińską - piszą w swojej książce. - U boliwijskich menonitów, którzy z wyboru obywają się bez prądu i innych zdobyczy cywilizacji. U Kolumbijczyków, którzy tłoczą się na najgęściej zaludnionej wyspie świata. U ostatniego lodziarza w Ekwadorze, którego ojciec wypowiedział wojnę lodówkom. U nielegalnych górników, którzy szukają nadziei w błotach tropikalnych lasów...”.

Maria Hawranek: Chcielibyśmy w tej rozmowie obalić kilka stereotypów o Ameryce Łacińskiej. Zresztą taka myśl towarzyszyła też książce.

Katarzyna Kojzar: W takim razie obalajmy.

M: Po pierwsze o Ameryce Łacińskiej myśli się jak o jednorodnym miejscu. To tak, jakby patrzeć na Europę jak na jeden kraj. A przecież tu mamy Francję, Węgry, Polskę – zupełnie inne kultury, zwyczaje.

Szymon Opryszek: Weźmy np. Urugwaj. Jest biały. To taka mała Europa wciśnięta gdzieś między Brazylię a Argentynę. Bogaty kraj, gdzie dozwolone są śluby homoseksualne, uprawa marihuany, a dzieci w szkole używają tabletów - jeśli chodzi o neoliberalne wartości, są 50 lat przed nami. W Peru z kolei jest biednie, większość mieszkańców to Indianie, kultura jest inna. Tutaj mamy ludzi, którzy leczą świnką morską i wierzą w zabobony. W Urugwaju tego nie ma.

Ale czy mimo wszystko nie jest tak, że w Ameryce Łacińskiej są kraje, w których jest niebezpiecznie? Bo chyba z tym najczęściej się tę część świata kojarzy. Mafia, narkotyki, gangi…

Sz: To często słyszy się o Kolumbii, ale my się z tym nie zgadzamy! Po Kolumbii wspaniale nam się podróżowało. Ludzie są bardzo mili, spędziliśmy tam mnóstwo czasu pracując jako wolontariusze.

M: To są jakieś stereotypy z lat dziewięćdziesiątych, które kompletnie nie przystają do tego, co zobaczyliśmy na miejscu. Do nas, do Europy, przenikają zdawkowe informacje, które budują fałszywy wizerunek tego kraju. Przez to przyklejamy etykiety, często nieprawdziwe. Oczywiście, są na przykład w Rio dzielnice, gdzie lepiej się nie pojawiać, ale to nie jest zasada. W tej strasznej Kolumbii nic nam się nie przytrafiło.


© archiwum prywatne



Nie mieliście gdzieś z tyłu głowy tych stereotypów, wyjeżdżając z Europy?

Sz: Myśleliśmy o sobie, że nie. A okazało się, że jest odwrotnie. Na początku byliśmy pełni stereotypów, mieliśmy na oczach klapki, inaczej postrzegaliśmy rzeczywistość. Będąc tam, wiele się nauczyliśmy. Tak naprawdę każdy reportaż czegoś nas uczył.

M: Docierało to do nas dzięki naszym bohaterom. Na przykład, kiedy rozmawialiśmy z pierwszą kobietą w policji obywatelskiej w Meksyku, to zaczęła nam opowiadać, że jak miała dziewięć lat, uciekła z domu i spała na ulicy. Byłam już pewna, co usłyszę dalej – że się stoczyła, wpadła w narkotyki… A okazało się, że nigdy nie miała nałogów, a swoje ubrania prała w fontannie, żeby były czyste. Potem powiedziała nam, że urodziła pierwsze dziecko, kiedy miała 13 lat. Od razu chciałam jej współczuć, ale ona powiedziała, że to było wspaniałe i że dziś jest szczęśliwą matką trójki dzieci.
Nauczyliśmy się, że nie wszystko, co dla nas jest szczęściem, dla innych też musi nim być.



© archiwum prywatne



Trudno było wam wejść do tych, często bardzo zamkniętych, społeczności? W końcu jesteście biali, inni niż większość mieszkańców krajów, o których piszecie.

Sz: W dwóch przypadkach: kiedy pisaliśmy o nielegalnych kopalniach i o wiosce menonitów. Najmniej przyjemnie było w La Rinconadzie. To miasteczko znajdujące się 5100 metrów nad poziomem morza, nie ma tam kanalizacji, więc odchody pływają po ulicach. Wszędzie smród. Mieszka tam około 40 tysięcy nielegalnych górników, a do tego prostytutki. Pilnuje ich siedemnastu, dojeżdżających tam policjantów. Często zdarzają się rozboje, kradzieże, nawet zabójstwa. Mało się o tym mówi, w Internecie znaleźliśmy jedynie krótką notkę jakiegoś podróżnika z Czech. Skontaktowaliśmy się z nim, podał nam szczegóły – okazało się, że jest połączenie autobusowe. To tylko kilka godzin od jeziora Titicaca, bardzo turystycznego miejsca. Wysiedliśmy z autobusu i usłyszeliśmy obelgi, krzyki. Gdzieś na ulicy wykrzykiwali do nas, żebyśmy, delikatnie mówiąc, wracali tam, skąd przyszliśmy. Pierwszy raz się spotkaliśmy z taką sytuacją.

M: Górnicy zareagowali w ten sposób, bo jesteśmy biali. A biały to albo dziennikarz, albo pracownik socjalny – a więc nikt, kogo chcieliby tam widzieć.

Sz: Trudno było też na najgęściej zaludnionej wyspie świata, Santa Cruz del Islote w Kolumbii. Żeby zrobić o niej materiał, musieliśmy mieć zgodę rady wyspy. Jej przedstawiciele postawili dwa warunki: autoryzacja i jeszcze, że musimy coś dla nich zrobić. Wróciliśmy jako nauczyciele angielskiego. Trzy dni staliśmy przed szkołą, w tych czterdziestu stopniach. Wszyscy wiedzieli, że tam jesteśmy, przecież w tak małej społeczności szybko rozchodzą się informacje, że na wyspie zamieszkali biali. Przychodziły tylko dzieci, graliśmy z nimi w piłkę, biegaliśmy. Na lekcje angielskiego przyszedł w końcu jeden uczeń. Spełniliśmy więc warunek działania społecznego, ale autoryzacji już nie mogliśmy. Choć to się rozeszło po kościach, zapomnieli o tym. Wydaje mi się, że oni chcieli sprawdzić, czy jesteśmy wystarczająco zdeterminowani. Zadziałało – spędziliśmy tam kilka dni, a nie, jak inni, którzy wpadli na parę godzin, zrobili zdjęcia i wrócili do hoteli poza wyspą.


© archiwum prywatne



M:Mieszkańcy nie mieli zaufania do dziennikarzy, bo kiedyś już powstał o nich materiał. Powiedziano w nim, że myją się w słonej wodzie i że sypiają ze sobą. To ich chyba zabolało najbardziej.

Pewnie trudno było też u menonitów, w wiosce, gdzie nie ma prądu, rozrywek, a całe życie toczy się wokół pracy…

M: Z menonitami było jeszcze inaczej, bo oni po prostu nie postrzegają rzeczywistości tak, jak my. Patrzyli na nas jak na kosmitów. My przyjechaliśmy samochodem, oni poruszają się karocami, my chcieliśmy mówić po hiszpańsku, oni w swoim dialekcie… Nie chcieli się przed nami otworzyć, bo byliśmy dla nich przybyszami z innego świata. Na jakiej zasadzie mieliby nam opowiadać o swoim życiu? Musieliśmy ich jakoś oswoić. To zresztą jest magia, którą teraz odkrywamy, kiedy jesteśmy po raz pierwszy po drugiej stronie. Jeśli widzimy, że ktoś nas słucha i chce słuchać, od razu się otwieramy.

Sz; Zawsze próbuję zrobić coś dziwnego, niestandardowego, kiedy chcę "otworzyć" rozmówcę. Wtedy wziąłem trzech dziewiętnastolatków na przejażdżkę autem. Puściłem radio, a oni od razu na tylnym siedzeniu zrobili imprezę – bo na co dzień nie mogą słuchać muzyki. Leciała akurat Lady Gaga, bardzo im się podobała. Potem zaproponowali, żeby zapalić papierosa. Jedziemy kolejne kilka kilometrów, a oni mówią, że chcą piwo. Jako że prowadziłem, zaproponowałem oranżadę. No i tak stoimy z tą oranżadą, pijemy, gadamy.
Oni rozluźnieni, zaczynają pytać: jak to jest, że razem z Mają pracujemy, podróżujemy, śpimy razem, a nie jesteśmy małżeństwem? Potem pytali jeszcze, ile w Polsce kosztuje kilogram wołowiny, a ile tona pszenicy. Nie wiedziałem. Patrzyli na mnie jak na dziwaka.


Co było dla was największym szokiem podczas podróży?

M: Smutnym szokiem byli właśnie menonici. Każda rodzina jest tam wielodzietna, ale tych dzieci w ogóle nie widać. Nie ma po nich śladu, nie ma zabawek, misiaczków, kolorowych ścian. Nawet najmłodsi muszą zajmować się pracą a nie zabawą. Nie mogą grać na gitarze, biegać… To smutne, że można odebrać małemu człowiekowi ten najbardziej naturalny, euforyczny stan.

Sz: Mamy taką metodę, że kiedy przyjeżdżamy w nowe miejsce, to najpierw bawimy się z dziećmi. One, szczególnie w Ameryce Łacińskiej, są bardo otwarte, radosne. A tamte były przerażone, bez cienia uśmiechu. Jakby miały na sobie gorset.

M:
To było bardzo szokujące, bo myśleliśmy, że skoro menonici odrzucają cały ten cywilizacyjny chłam, nie mają telewizorów i telefonów, to ich życie jest piękne. Wyobrażałam sobie ich kolację – każdy z każdym rozmawia, jest wesoło, głośno. A tak nie było. Nawet kiedy się modlili, to w ciszy. Nie mówiąc już o rozmowach.



© archiwum prywatne



Dla mnie w tych wszystkich historiach niezwykła jest też wioska w Kolumbii zarządzana jedynie przez kobiety.

Sz: To utopijny projekt, a ja nie jestem zwolennikiem utopii. Wioska miała służyć kobietom po przejściach, jest ekologiczna. To właśnie kobiety nią rządzą. Wszystko wydawało się idealne, a ja, jako facet, jechałem szukać tam dziury w całym. Trochę się doszukałem, bo okazało się, że sam proces decyzyjny wśród kobiet jest dość trudny przez konflikty, jakie między nimi wybuchały. Z punktu widzenia mężczyzny to taki pstryczek, że jednak się nie da. Że to nie działa tak, jak powinno.

M: Takie myślenie jest błędnym kanałem - że konflikty wybuchały, bo one są kobietami a nie po prostu ludźmi, którzy mają inne zdania.

Sz: Ale jednocześnie nie dają mężczyznom dojść do głosu.

M: W całym projekcie chodzi o to, że kobiety w Kolumbii, nawet jeśli zachodzą w ciążę, to nie muszą, tak jak u nas, od razu myśleć o zakładaniu rodziny, ślubie. Tam często kobieta ma kilkoro dzieci i każde z innym mężczyzną. Musi się nimi zajmować, więc nie ma czasu na naukę i często jest niewykształcona. Chce wychowywać te dzieci i jednocześnie jakoś zarabiać na ich utrzymanie. W wiosce jest łatwiej – kobiety mogą pracować, ale ich dzieci nigdy nie są same. Stąd kooperatywy, które tam działają: jest restauracyjna, rolnicza, rybna… Może działają na pół gwizdka, ale podstawową rolę spełniają. Tak samo jak ta ich ekologia - nie do końca jest taka, jak by sobie wszyscy wyobrażali.


© archiwum prywatne



W jakim sensie?

M: Na przykład mają ekologiczną latrynę. Stoi na wzgórzu i jest wyposażona w jakiś specjalny system czyszczenia. Ale nikt z niej nie korzysta, bo gdyby tam wszedł, cała wioska by o tym wiedziała. Dlatego każdy zbudował sobie toaletę w domu. Jest też restauracja solarna z wielkimi panelami nagrzewanymi przez słońce.

Sz: Na smażone jajka czekaliśmy 45 minut. Kobiety chciały się pochwalić, że panele solarne tak świetnie działają. Ale jajka wciąż były surowe, więc zabrały je do kuchni i dokończyły smażenie normalnie, na gazie.

Mówiliśmy już o szoku. A co was rozczarowało?

Sz: Chyba mężczyźni. Byli tacy bezpłciowi, może nawet chcieliby się uwolnić spod jarzma kobiet, ale nie mają na to pomysłu. Jeśli je krytykują, to tylko pod ich nieobecność, przy zamkniętych oknach, żeby nikt postronny nie usłyszał.

Nie kłóciliście się pisząc ten tekst, skoro mieliście trochę inne nastawienie do wioski kobiet?

M: Co do bazy się zgadzaliśmy – uważamy, że pomysł jest wspaniały, ale nieidealny. Linia rozumienia była podobna, więc akurat przy tym tekście się nie kłóciliśmy.

Sz: Za to przy innych…



© archiwum prywatne




Przy których?


Sz: Generalnie, proces pisania książki wspólnie jest bardzo trudny. Jak już mieliśmy zebrany materiał, to wynajęliśmy domek w Boliwii. Mamy taką metodę, że każdy zamyka się w swoim pokoju i pisze. Spotykamy się tylko podczas posiłków. Po trzech dniach wysłaliśmy sobie swoje teksty, każdy bardzo z siebie zadowolony. A okazało się, że to kompletna porażka. Maja nie używała w ogóle przymiotników, pisała bardzo sucho. Ja poszedłem w Leopolda Staffa. Stwierdziliśmy, że to się nie uda. Musieliśmy znaleźć wspólny styl. Potem, pijąc wino, doszliśmy do jednorodnej wizji. Każdy tekst szczegółowo omawiamy, wiemy, co chcemy pokazać, co uwypuklić. Pisanie książki skończyło się na jednej uszkodzonej patelni, potem już było spokojnie.


© archiwum prywatne



Co dalej? Jaki macie plan?
M: Byliśmy cztery miesiące w Patagonii, zbieramy kolejne historie. Chcemy tam wrócić, pojechać do Urugwaju…

Sz: Dopóki jesteśmy razem, będziemy tam wracać.

M: A osobno nie możemy?

Sz: Coś ty! Bez ciebie bym nie pojechał.


Rozmawiała Katarzyna Kojzar, dziennikarka "Gazety Krakowskiej"
Zdjęcie główne: źródło www.intoamericas.com

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w Polityce Prywatności. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!